Ten wpis może się Wam wydać emocjonalny.

Kurde, on jest emocjonalny. Cholernie. Ale trzymam w dłoniach swoją pierwszą książkę. Solidnie wydaną, w twardej oprawie. Z rewelacyjną okładką, profesjonalnie przygotowaną, złożoną, zredagowaną. Wydaną tak, że nie mam się czego wstydzić. No, może treści, ale to akurat ocenicie sami. 

„Ballady morderców” stały się faktem dzięki pracy wielu ludzi – o tych najważniejszych dla projektu piszę w podziękowaniach w książce.

Ale jednej osobie podziękowania należą się szczególne. 

Sebastian Sokołowski. twórca Okiem na horror, naczelny i pomysłodawca Okolicy Strachu, a także Phantom Books Horror.

Człowiek, któremu zawdzięczam druk swojego pierwszego tekstu na papierze – był to „Dom Wschodzącego Słońca” w zerowym numerze BRAMY. 

Tekst przeszedł bez większego echa, ale pojawił się na papierze. Jednak kamieniem milowym dla mojego pisania była publikacja opowiadania „Dreszcze” w numerze pierwszym magazynu Okolica Strachu. 

„Dreszcze” powstały na konkurs pod tym samym hasłem, ale w efekcie na konkurs nie trafiły. Przekroczyłem znacznie dozwoloną ilość znaków. Zredagował wstępnie to opowiadanie Julek Wojciechowicz, który sprawił, że uwierzyłem, iż jest ono coś warte. Kiedy gruchnęła wiadomość, że rusza nowy magazyn grozy, wysłałem. Nie ja jeden zresztą, bo 3/4 polskiej grozy wysłało. 

Dzięki temu moje opowiadanie trafiło do magazynu Okolica strachu i zostało przyjęte na tyle dobrze, że kolejny tekst – „Ludzie jak psy” trafił do Wydania specjalnego. Do numeru, obok takich nazwisk, jak Ligotti, Campbel, Castle, czy Lee!

 

 

 

 

 

 

Od tego czasy zdążyło się bardzo wiele. I choć moja półka „autorska” nadal opiewa na kilka skromnych pozycji ( w porównaniu do wielu kolegów) to jednak to, na co czekałem całe lata, zaczęło się dziać.

Moje teksty trafiły do dwóch antologii – w tym jednej charytatywnej. W tym roku pojawię się w przynajmniej trzech kolejnych. I z pewnością jedna z nich to bardzo ugruntowana na rynku seria, druga ma kolejną edycję i zbiera naprawdę świetne nazwiska, a kolejna będzie poświęcona jednemu z ikonicznych autorów grozy. 

Dzieje się coś, w co nadal trudno mi uwierzyć. 

A wszystko to dzięki temu, że pewien gość we mnie uwierzył. Zobaczył, że to, co piszę – jest dobre. Tak, jak od początku wierzył w projekt „Ballad”. I po tułaczce od wydawcy do wydawcy – w końcu książka trafiła w jego ręce. I słowo stało się ciałem. Znaczy,  papierem.

Seba, dziękuję.

Może i ten post zaczyna wyglądać jak laurka, ale, kurde, należy ci się. Za to co zrobiłeś dla grozy w tym kraju, za to co zrobiłeś dla mnie i mojego pisania.  

Dziękuję. 

I do zobaczenia – mam nadzieję – przy kolejnych projektach.